Blog > Komentarze do wpisu
Magia się wyczerpuje (Elisabeth Strout, To, co możliwe)

Kiedyś nie rozumiałam, co się niektórym recenzentom nie podoba w pisarstwie Strout. Byłam zachwycona opowiadaniami o Olive Kitteridge i powieścią Mam na imię Lucy.

Bracia Burgess nie wzbudzili już może aż takiego zachwytu. Niemniej, nadal była to opowieść o czymś.

Natomiast w przypadku Tego, co możliwe miałam już wrażenie pewnej wtórności w stosunku do Olive Kitteridge. Powracamy bowiem do Amgash, rodzinnej miejscowości Lucy Barton, i dostajemy kilka opowieści, w których przewijają się osoby i motywy w jakiś sposób związane ze znaną nam z powieści o pokonywaniu środowiskowych ograniczeń dzięki osobistym uzdolnieniom i determinacji bohaterką. I tak, protagonistami kolejnych historii zostają brat Lucy, były pracodawca jej ojca i szkolny woźny (w jednej osobie), jej siostrzenica, śliczne córki państwa Nicely (ich rodzice byli klientami matki Lucy, która dorabiała sobie szyciem), siostrzenica Lucy czy jej kuzyn Abel, z którym swego czasu szukała jedzenia w śmietniku za cukiernią, o czym zresztą mieszkańcy Amgash do dziś pamiętają. Tylko w jedym opowiadaniu pojawia się na pierwszym planie sama Lucy – po latach, po śmierci rodziców, podejmuje próbę spotkania z rodzeństwem w ich dawnym wspólnym domu (obecnie zajmowanym przez jej brata, starego kawalera Pete’a, powszechnie uważanego za opóźnionego w rozwoju). Próba kończy się gwałtownym atakiem paniki i pośpieszną rejteradą, potwierdzającą dobitnie, że cały sukces Lucy to tylko krucha fasada, a demony przeszłości nadal ją prześladują. Nie zyskała na tyle siły i pewności siebie, by przetrwać otwartą konfrontację ze wspomnieniami rodzeństwa. Które to wspomnienia, co uważam za bardzo znamienne, w znaczącym stopniu odbiegają od jej własnych. Brat i siostra uważają ją na przykład – i to zgodnie! – za ulubienicę matki. Są też zdania, że tylko dzięki swojej uprzywilejowanej pozycji Lucy mogła codziennie zostawać w szkole po lekcjach i rozwijać posiadane uzdolnienia. Ta część opowieści stanowi zatem interesujące uzupełnienie historii z Mam na imię Lucy. Potwierdza również moją ówczesną czytelniczą intuicję, zgodnie z którą wersja zdarzeń narratorki nie zasługiwała na bezwarunkowe zaufanie.

Zaś co do reszty opowiadań, z czysto formalnego punktu widzenia trudno postawić im jakiekolwiek konkretne zarzuty. Wszystkie powielają sprawdzoną pisarską metodę Strout – stylistycznie oszczędny, kameralny realizm, skupienie na jednostkowej historii, na pierwszy rzut oka przeciętnej do bólu, a jednak – jak się zawsze ostatecznie okazuje – w jakiś sposób wstrząsającej, szokującej, niesmacznej czy po prostu przejmująco smutnej. Trochę wprawdzie trudno uwierzyć, że na kogo by w prowincjonalnym Amgash nie spojrzeć, ten skrywa jakiś mroczny sekret, ale powiedzmy, że czysto teoretycznie jest to możliwe. Przy entym powtórzeniu ten chwyt przestaje jednak robić wrażenie, a zestawieni ze sobą bohaterowie odbierają wiarygodność sobie nawzajem, choć zdaję sobie sprawę, jak paradoksalnie to brzmi.

Być może się czepiam, ale razi ograniczony wachlarz rozwiązań warsztatowych, jakie autorka ma do dyspozycji. Oczekiwałam czegoś więcej, jakichś nowości, a nie po raz kolejny tego samego. Z drugiej strony, w grupie czytelników pisarki jestem najprawdopodobniej w mniejszości, bo każda sygnowana przez nią pozycja odnosi sprzedażowy sukces. Czytanie Strout stało się modne.

sobota, 12 stycznia 2019, krwawasiekiera

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
statystyka