Blog > Komentarze do wpisu
Perspektywa zmienia wszystko (Fatum i furia, Lauren Groff)
I kolejna dziwna pozycja, która najpierw odleżała swoje w kolejce do przeczytania, a następnie niemal dwa miesiące czekała na recenzję. Bezpośrednio po lekturze moje wrażenia były chaotyczne i przytłaczająco banalne. Szkoda miejsca na blogu - myślałam sobie. A jednocześnie nie dawało mi spokoju przeświadczenie, że w tej powieści musi być coś więcej, coś, czego nie dostrzegam, i jeśli tylko zrobię dwa kroki w tył i dam sobie więcej czasu, jeszcze to zauważę. W końcu była taka głośna, krajowej premierze towarzyszył spory szum (choć specjalnie żadnych tekstów na jej temat nie czytałam, żeby uniknąć spoilerów i zachować nieskażoną perspektywę).
Cóż, czas minął. Jeśli dam go sobie jeszcze więcej, całkowicie zapomnę, o czym była historia Lancelota (którego imię musiałam przed chwilą sprawdzić w książce, bo w międzyczasie nabrałam przekonania, że nazywał się Leonard, co samo w sobie jest symptomatyczne) i Mathilde. A była o miłości, czy raczej - bo do tego się niestety całość sprowadza - o tym, że zakochujemy się jedynie we własnym wyobrażeniu o drugiej osobie. Gdy ich poznajemy, wydają się kochankami idealnymi - nawet odcięcie od rodzinnej fortuny nie jest w stanie zmotywować Lotta do zakończenia spontanicznie zawartego małżeństwa ze zjawiskową fizycznie i tajemniczą dziewczyną, która w mgnieniu oka zawładnęła jego sercem i umysłem. Im jednak dalej w las (pierwsza połowa opowieści przedstawiona jest z perspektywy męża, druga - żony), tym bardziej oczywiste staje się, że nawet uroczo naiwny niewydarzony aktor, a w późniejszym okresie odnoszący sukcesy dramaturg, nie jest ze swoją wybranką całkiem szczery. Ona zaś cały ich związek zbudowała na kłamstwach o fundamentalnym ciężarze gatunkowym, po czym, niespodziewanie dla samej siebie, odkryła, że kocha go naprawdę, kiedy było już za późno.
Brzmi tandetnie i kliszowato? Cóż, na pocieszenie mogę wam powiedzieć, że to właśnie ujęcie z szerokiej perspektywy czytelnika zdystansowanego. W trakcie lektury jest znacznie lepiej, bo jednak autorka opowiada sprawnie (choć nie zachwyca na poziomie stylistycznym, czyta się ją w przekładzie Mateusza Borowskiego gładko i bezproblemowo) i tak wykłada karty, by czytelnik cały czas pozostawał zainteresowany, choć druga, demaskatorska część, w której głos dostaje Mathilde, wypada zarazem gorzej przez swoją tanią niekiedy sensacyjność i lepiej pod względem dynamiki. Słowem, udaje się Groff odbiorcę zaangażować, jednak finalnie zostawia go z mętlikiem sprzecznych odczuć, zaskoczonego, że to już wszystko, co miała do zaoferowania. Gdybym ja miała pisać blurba, brzmiałby on: Ambitniejsza wersja Zaginionej dziewczyny, która nie do końca się udała.
Czytaliście? Jak wasze wrażenia?
sobota, 06 października 2018, krwawasiekiera

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
statystyka