Blog > Komentarze do wpisu
Efekt pechowego strzału (Larry McMurtry, Na południe od Brazos)
Kolejna książka, o której nie wiem, jak napisać, żeby niepotrzebnie jej nie spłycić i tym samym nie skrzywdzić. Zarazem jednak prowadzenie tego bloga stałoby się pozbawione sensu, gdybym rzuciła recenzencki ręcznik przy powieści, która aktualnie jest moją najmocniejszą kandydatką do tytułu książki roku.
Można o niej napisać masę rzeczy, próbować przyłożyć mnóstwo etykietek i każda w jakimś stopniu będzie pasowała. Ale po ponad miesiącu przemyśleń dla mnie jest to przede wszystkim wielki traktat o roli przypadku. Bo gdyby Jake Spoon nie cieszył się niezasłużoną reputacją wielkiego rewolwerowca i przypadkowo nie sięgnął po broń, nie musiałby uciekać od karcianego stołu. Nie wróciłby po latach do swoich dawnych towarzyszy, byłych Strażników Pogranicza, Augustusa McCrae i Woodrowa Calla, aktualnie prowadzących Przedsiębiorstwo Handlu Bydłem nad Kapeluszem. Gdyby zaś Jake nie wrócił, jedyna kobieta „radząca sobie tyłkiem” (zakochałam się w tym wrażeniu i w całym genialnym przekładzie Michała Kłobukowskiego!) w Lonesome Dove nie zadurzyłaby się i nie uwierzyła, że jednak może pojechać do San Francisco. Wreszcie Kapelusznicy (jak od nazwy strumienia zwali się współwłaściciele przedsiębiorstwa), a w zasadzie przede wszystkim kapitan Call, nie zapaliliby się do pomysłu podróży ze stadem bydła do Montany, by jako jedni z pierwszych założyć w tej dziewiczej krainie wielkie ranczo.
Zaś za sprawą jednego niefortunnego strzału wszystko to (i wiele więcej, na przykład brzemienny w skutki pościg pewnego szeryfa za Jakiem) się wydarzyło, a Larry McMurtry miał sposobność skonstruować monumentalną opowieść. Pozornie miała ona stanowić hołd dla odchodzącego w przeszłość Dzikiego Zachodu, a w istocie posłużyła odarciu go z romantycznych mitów w sposób brutalny, systematyczny i do bólu konsekwentny. Bo nie ma niczego romantycznego w przypadkowym wjechaniu w gniazdo wodnych węży, w suszy ani w pladze szarańczy. A kiedy lepiej poznajemy bohaterów, mierzących się z rozmaitymi przeciwnościami długiej i skomplikowanej wyprawy, stopniowo tracimy do nich całą początkową sympatię, a nawet większość szacunku. Autor się o to postarał i za sprawą swojej fabuły, równie zaskakującej a zarazem banalnej jak życie, tak pokierował stosunkiem czytelnika do bohaterów, że – choć nie raz na 840 stronach dali oni pokaz swojej niezwykłej biegłości w kowbojskim rzemiośle – koniec końców okazali się godni nie podziwu, a wyłącznie niechętnego współczucia. Bo choć byli legendami pogranicza, jako ludzie zawiedli. Swoich podwładnych, swoich najbliższych i samych siebie. Nie potrafili rozstać się z własną legendą i wieść życia zwykłych śmiertelników. Call tak cenił swoją niezależność, że stłamsił w sobie jedyne uczucie, jakie kiedykolwiek odczuwał, bo nie chciał być niewolnikiem, choćby tylko własnych pragnień. Nawet przesympatyczny Augustus także okazał się ostatecznie - mimo wielu szlachetnych i spektakularnych gestów - przede wszystkim egoistą, skupionym jedynie na własnych potrzebach, a zwłaszcza pogoni za adrenaliną, której podporządkował wszystkie życiowe decyzje. Może i łudził się, że marzy o romantycznej miłości, ale na szczęście jako obiekt westchnień wybrał Klarę – kobietę rozsądną, umiejącą odpowiednio ocenić sytuację i nie zmarnować sobie życia w pogoni za ulotną mrzonką. Jest ona w Na południe od Brazos jedyną postacią, z którą czytelnik może do końca sympatyzować.
Mamy tu zatem antywestern, z wszystkimi typowymi dla gatunku wątkami, w tym romansowymi, ale mamy i pisany na jego marginesach dramat obyczajowy, który częstokroć okazuje się o wiele bardziej interesujący. Choć zaczyna się leniwie, z czasem porywa na unikalny emocjonalny rollercoaster. Tej przejażdżki nie będziecie żałowali, a gremium Nagrody Pulitzera się w tej kwestii ze mną zgadza.
sobota, 07 lipca 2018, krwawasiekiera

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2018/07/07 14:04:01
U mnie też na razie książka roku. Czytałem w maju i jakoś nie mogę się zabrać za pisanie, bo na dodatek wszystko, co bym chciał napisać, Michał Stanek zawarł w posłowiu :)
Wchłonęło mnie od pierwszej strony, uwielbiam takie rozlewne powieści, gdzie ważniejsze są typy ludzkie i ich wzajemne stosunki niż konkretna akcja.
-
2018/07/07 18:53:20
Czyli nie tylko czytaliśmy w tym samym czasie, ale i mieliśmy identyczny problem! Przyznam, że czekałam na twój wpis, ale powoli straciłam nadzieję, a duża ilość przeczytanych książek zaczęła mi przykrywać "Na Południe...". Wobec czego postanowiłam po prostu pójść na żywioł i napisać coś od siebie, ale rezultat oceniam sceptycznie. Chyba trzeba było pisać na świeżo, ale wtedy znowu wyszedłby straszny pean pełen niezdrowej ekscytacji. I tak źle, i tak niedobrze.
-
2018/07/07 20:00:48
No właśnie właśnie. Zdrowa ekscytacja nie jest zła, szczególnie w przypadku Dzieła, a z tym mamy do czynienia. Mam jakieś notatki, więc coś na pewno napiszę, bo powoli chyba klarują mi się zasadnicze przemyślenia. Nader nieoryginalne :D
-
2018/07/07 20:04:17
Z drugiej strony, jak wszyscy widzą w książce to samo, to jest to niezaprzeczalny sukces autora (o ile interpretacja czytelnicza jest zgodna z jego przekazem). W każdym razie czekam na twoje impresje z nową nadzieją:)
-
2018/07/07 20:32:40
Z zamysłami autora zawsze jest problem :D Ale arcydzieło stworzył na pewno
-
2018/07/10 10:54:07
Cztery lata mija od przeczytania tej ksiązki i nadal nie natrafiłem na nic lepszego. A wszystko dzięki autorowi bloga Za okładki płotem. Powinniśmy chyba jakiś pomnik mu fundnąć :) Gdyby nie jego zachęta nigdy (chyba chyba) nie sięgnąłbym po tę wyjatkową książkę. Tak, że tak :)
-
2018/07/10 19:07:13
Ja trafiłam na tę książkę na podstawie poleceń wznowienia u Jane Doe i Zacofanego w lekturze, ale po fakcie zbadałam zagadnienie i istotnie Michał Stanek promuje tę książkę w sposób całkowicie bezprecedensowy. Chwała mu za to!
statystyka