Blog > Komentarze do wpisu
Wszystko to zabawa, wszystko to jest jedna gra (Min Jin Lee, Pachinko)
Po przeczytaniu recenzji na Mieście książek jednocześnie ciągnęło mnie do tej powieści i obawiałam się, że okażemy się kompletnie niedobrane. Wypróbowałam ją na mojej mamie, którą zachwyciła. Nie jest to co prawda żadna gwarancja, że mnie również się spodoba, ale o wiele więcej niż nic. Spróbowałam i powiem, że nie tylko nie żałuję, ale - mimo pewnych zastrzeżeń - ta rodzinna saga o Koreańczykach w Japonii znalazła się w czołówce moich tegorocznych lektur.
Łączy bowiem historię losu jednostki (Sunji, która impulsywnie wdała się w romans z nieznajomym, a w konsekwencji zmuszona była opuścić rodzinne strony) i jej wielopokoleniowej rodziny z szerszą perspektywą, ukazującą losy całej koreańskiej diaspory w Japonii w dwudziestym wieku. I robi to niby mimochodem, ale w sposób wyjątkowo zajmujący. A wszystko dlatego, że, budując sylwetki kolejnych bohaterów, autorka zadbała, by każdego obdarzyć unikalnym stosunkiem do sytuacji, w której wszyscy się znaleźli. I tak Sunja odczuwa przede wszystkim wdzięczność - wobec męża, jego rodziny, która przyjęła ją pod swój dach, ogólnie wobec losu, mimo wszelkich przeciwności, jakie jej on gotuje. Nie waha się pracować ponad siły dla dobra synów i głównie na tym, a nie na bezsensownym gniewie i tęsknocie, koncentruje wszystkie swoje wysiłki. Z jej synami, urodzonymi w Japonii, sprawa jest już o wiele bardziej skomplikowana. Noa rozpaczliwie pragnie być traktowany jak Japończyk, co okazuje się oczywiście niemożliwe. Mozasu okazuje Japończykom agresywną obojętność, dzielnie znosi prześladowania w szkole, a w końcu bez żalu ją porzuca, by zająć się pracą w salonie Pachinko - koreańskiej gry hazardowej. Jednocześnie jednak marzy, by jego syn Salomon wyjechał do USA i tam pracował w sektorze bankowym. Nie do końca więc, mimo grubej skóry i wszelkich pozorów, pozostaje obojętny na realia, w których przyszło mu żyć. A tymczasem Salomon, jakby na przekór ojcu, odkrywa, że tylko w Japonii jest u siebie.
Kwestia tożsamości (swojskości i obcości) oraz hierarchii wartości jest w tej historii równie ważna jak rodzinne więzi, które bohaterowie niejednokrotnie szarpią, sprawdzając ich wytrzymałość, ale ostatecznie wcale nie chcą się od nich uwalniać. Stanowią one bowiem jedyny pewny punkt odniesienia.
Jak wcześniej wspominałam, mam zastrzeżenia, gdyż mimo stworzenia całej rzeszy wiarygodnych bohaterów i autentycznie zajmującej historii autorka nie ustrzegła się kilkakrotnie paskudnych fabularnych schematów rodem z telenoweli. Podam tylko jeden z kilku najważniejszych przykładów, żeby niepotrzebnie nie spoilerować. Jeden z bohaterów wygląda jak jego biologiczny ojciec. Widuje tego człowieka przez większość swojego życia, zna go jako przyjaciela rodziny. Jest wybitnie inteligentny, a jednak nie dostrzega łączącego ich podobieństwa, które musi być oczywiste, bo jego dziewczynie wystarczy raz zobaczyć bohatera z ojcem, żeby je zauważyć. Oczywiście, o łączącym go z ojcem podobieństwie (i tym samym pokrewieństwie) bohater dowiaduje się od tejże dziewczyny. Serio?
Koniec końców są to jednak drobiazgi. Można się na nie lekko żachnąć, ale nie odbierają magii ani siły oddziaływania lekturze, którą wydatnie uprzyjemnia przekład Urszuli Gardner. Polecam.
sobota, 30 czerwca 2018, krwawasiekiera

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
statystyka