Blog > Komentarze do wpisu
Zagadka konfabulującej bohaterki (Anna Bikont, Sendlerowa. W ukryciu)

Przedziwna sprawa z tą książką, bo spodziewałam się, że będzie ona o czymś zupełnie innym. Historie uratowanych przez Irenę Sendler i jej współpracownice z Wydziału Opieki dzieci, od których Anna Bikont rozpoczyna, przynajmniej w pierwszej chwili zdają się potwierdzać ukształtowane niezbyt dobrym filmem oczekiwania. Ale już bohaterka pierwszego rozdziału, Margarita, maluje obraz skrajnie odmienny od obowiązującej narracji o dobrym polskim narodzie. Jest pełna nienawiści i żalu, i trudno po zapoznaniu się z jej historią, pełną prześladowań i bezwzględnego szantażu, mieć do niej o to pretensję. Drugi rozdział bilansu wcale nie poprawia, jest jednak ważny dla wymowy całości, bo na koniec bohaterka przyznaje, że po fakcie wpisała Sendlerową w historię swojego ocalenia, bo gdy tylko ją spotkała, zapragnęła, by była ona częścią jej życia. Dlaczego ludzie robią takie rzeczy? – zaczęłam się zastanawiać i to pytanie towarzyszyło mi już do końca lektury. Gdyż – choć autorka stara się wyjątkowo delikatnie obchodzić ze swoją bohaterką i unikać takich słów jak kłamstwo czy zmyślenie – bardzo szybko okazuje się, że Irena Sendler w dużym stopniu sama zbudowała własną legendę. A przecież wcale nie musiała tego robić: przywłaszczać sobie cudzych historii, zasług najbliższej przyjaciółki, zawyżać w sposób niebotyczny liczby uratowanych żydowskich dzieci. Miała bowiem najlepsze intencje, stabilne przekonania i autentyczne zasługi na froncie logistyczno-organizacyjnym, których nikt nigdy nie kwestionował. Ale osobiście nie wyprowadzała dzieci z getta.
Gdy jednak zapoznać się z jej prywatną biografią, staje się w pewnym sensie zrozumiałe, że miała potrzebę podciągnięcia życiowego bilansu,  skompensowania fałszywą publiczną personą niepowodzeń w związkach i relacjach z dziećmi, mającymi jej za złe wieczną nieobecność. W pewnym momencie zabrnęła chyba za daleko i stała się niewolnicą własnych kłamstw, w które najprawdopodobniej sama w końcu uwierzyła. Wierzyła zresztą głęboko w wiele rzeczy niezgodnych z prawdą – np. że jej dzieci nie przyjęto na studia, by ukarać ich matkę za ratowanie Żydów, podczas gdy najzwyczajniej w świecie zabrakło im punktów i się nie dostały. Także powojenne losy Sendlerowej naznaczone są paradoksem. Łatwo zrozumieć, że osoba o jej poglądach chciała wierzyć w system komunistyczny i budować nową Polskę w myśl jego szlachetnych ideałów. Jednak pozostała w PZPR do samego końca, mimo że już w marcu 1968 roku zobaczyła prawdziwą twarz systemu. Nie wspierała oficjalnej antyżydowskiej propagandy, ale nie wystąpiła z partii. Przedziwna, ale bardzo realistyczna – aż niewygodnie realistyczna w zestawieniu z legendą – biografia.
Z historii ocalonych też wyłania się obraz odbiegający od oficjalnej laurki tak daleko, jak to tylko możliwe. Niektórych koszmary wojny popchnęły do odebrania sobie życia. Inni, najbardziej liczni, ukrywali własną tożsamość nawet przed partnerami i dziećmi.  A dlaczego? Bo społeczeństwo polskie było w swej masie skrajnie antysemickie. Przed wojną, w jej trakcie i po jej zakończeniu. Polskie dzieci wydawały żydowskie dzieci z czystej złośliwości, nawet te ukrywane w klasztorach czuły się stale zagrożone przez rówieśników.  Dlatego uważam, że książka Anny Bikont powinna być czytana jak najpowszechniej i mam nadzieję, że liczne nagrody w tym pomogą. Nie da się bowiem przy tej lekturze nie przemyśleć pewnych smutnych, fundamentalnych i bardzo niewygodnych spraw.

niedziela, 13 maja 2018, krwawasiekiera

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
statystyka