Blog > Komentarze do wpisu
Serialowisko 2017 (4)
Czyli końcówka sezonu.

Better Call Saul - sezon 3 - zdecydowany faworyt zestawienia. O ile w poprzednim sezonie tempo rozwoju wydarzeń zaczynało mnie już irytować mimo całego przywiązania do bohaterów, to w tym wszystko było skalibrowane idealnie. Wszystkie wątki ruszyły, co więcej, w końcu doszło do przełomu w najważniejszym, dotyczącym relacji Jimmy'ego z bratem. Wprost nie mogę się doczekać dalszego ciągu. 8,5/10

Fargo - sezon 3
- mimo mocno niemrawego i nieproporcjonalnie rozbudowanego początku oraz dodatkowych dziwnych wstawek narracyjnych pod koniec sezon złapał tempo. Nieco paradoksalnie, w sumie głównie dzięki kreacjom aktorskim, sezon - przez większość odcinków rozlazły jak nieszczęście i słabszy od poprzedniego - wypadło ostatecznie ocenić lepiej. Wystarczy, że w finale nie było UFO. Za to główny Zły, czyli Varga, był absolutnie obrzydliwy. Te zęby, w połączeniu z dłubaniem w nich, sprawiały, że za każdym jego pojawieniem się na ekranie było mi niedobrze, co w sumie chyba świadczy o geniuszu Davida Thewlisa (i pomyśleć, że to poczciwy Lupin z Harry'ego Pottera!) oraz autorów castingu. 7/10

The Americans - sezon 5
- jestem wielką fanką tego serialu i cieszę się, że w końcu zaczął dostawać zasłużone od lat nagrody, ale ten sezon był mocno statyczny, i to także na polu relacji między bohaterami oraz ich wewnętrznej ewolucji, na czym wyraźnie koncentrował się scenariusz. Powstało wrażenie krążenia w kółko i międlenia tych samych problemów. Fajny wątek w ZSRR z Burowami, ale końcówka mocno przewidywalna. 7,5/10

American Gods
- mimo niezłego otwarcia odcinki 2 i 3 okazały się pewnym rozczarowaniem. Na szczęście popisowy numer Fullera, czyli kobieta wracająca z martwych (żona Cienia, Laura), tchnął w opowieść życie. Bardzo podobał mi się odcinek w całości poświęcony Szalonemu Sweeneyowi, retrospekcje dotyczące relacji Cienia z żoną, no i finał - ciekawa interpretacja Wielkiejnocy, typowo Fullerowska wizualnie, a pod względem wymowy wierna duchowi powieści. Taki jest zresztą cały serial (wstawki o poszczególnych bogach, z cyklu Przybycie do Ameryki, w większości udane), choć podejrzewam, że mimo wszystko bardziej przypadnie do gustu fanom Fullera niż Gaimana. Gwiazdą na firmamencie castingu jest bezspornie Ian McShane, czyli niezapomniany Al z Deadwood, jako pan Wednesday. Anansi nie do końca mnie przekonał. Wg mnie warto zobaczyć i ciekawa jestem, jak się to rozwinie. Oby Fuller tradycyjnie dla siebie nie skręcił w krainę własnych fascynacji. 7/10

Sillicon Valley po raz pierwszy mnie nużyło. Zaczęło zjadać własny ogon i poza momentami (romans Danesha z hakerką!) nie jest już tak zabawne jak dawniej. Szkoda.
sobota, 08 lipca 2017, krwawasiekiera

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
statystyka