Blog > Komentarze do wpisu
Pocztówki z beznadziei
Przeczytałam zbiór opowiadań Nica Pizzolatto W drodze nad morze żółte 11 dni temu. Czytało się go naprawdę dobrze, bo jeśli autor potrafi coś robić na najwyższym poziomie, to jest tą rzeczą budowanie nastroju i kreślenie tła. Jednak już w trakcie lektury miałam przeczucie, że za dużo z niej - poza właśnie ogólnymi wrażeniami i odczuciami - w pamięci mi nie utkwi.
Zabierając się dzisiaj do napisania tego tekstu, postanowiłam zweryfikować, ile historii pamiętam bez jakiegokolwiek wspomagania (a, nie chwaląc się, pamięć to mój dar i przekleństwo). I tak pamiętam opowieść o strażniku parku narodowego skaczącym z budynków, tę o trzech potencjalnych ojcach dziecka, które zginęło w tragicznym wypadku, tę o ojcu i synu na wyścigach konnych, tę o młodocianym włamywaczu, tę o witrażyście i tę o pracowniku firmy kanalizacyjnej, pomagającym swojemu dawnemu trenerowi. Jestem w stanie przywołać zarys historii o chłopcu, którego ojciec chciał uwierzyć w UFO, i o nauczycielu, którego z nieznanych przyczyn porzuciła żona. Mgliście kojarzę także coś o ciężarnej nastolatce, której brat zginął, a dosyć wyraźnie przypominam sobie dramat chłopaka podszywającego się pod własnego nieżyjącego brata i uwięzionego w domu na odludziu z ojcem degeneratem. Poszło mi zatem o wiele lepiej, niż się spodziewałam - 10  trafionych i tylko jeden (niby bardzo wyrazisty, bo chodzi o matkę poszukującą syna -ekstremisty, który uciekł z domu) zatopiony.
Ale minęło dopiero jedenaście dni. Jestem gotowa się założyć, że za 3 miesiące będę pamiętać może o 3-4 opowiadaniach z tego zbioru. Nie dlatego, że są to teksty kiepskie. Owszem, prezentują zróżnicowany poziom (przy czym generalna zasada jest taka, że umieszczone w dalszej części zbioru, bardziej rozbudowane utwory, gdzie jest więcej miejsca na prezentację kontekstu i samych bohaterów, dzięki czemu historia robi większe wrażenie, są lepsze niż początkowe migawkowe miniatury). Raczej dlatego, że wszystkie są o tym samym - o różnych odcieniach beznadziei codzienności przeciętnych Amerykanów mieszkających na prowincji. Oraz dlatego, że nie ma tu ani jednego szczęśliwego człowieka. Naprawdę, wiem, że życie to nie pudełko czekoladek, ale też i nie zawsze w życiu trafia się zamiast czekoladki na kulkę gnoju. Mimo fabularnej różnorodności, której nie sposób im odmówić, teksty Pizzolatty są właściwie jedną, przygnębiająco spójną narracją o beznadziei ludzkiej egzystencji. Tym samym zlewają się ze sobą, rozmywają i odbierają sobie wzajemnie siłę oddziaływania, bo przy którymś takim smętnym landszafcie z kolei w odruchu psychicznej samoobrony obojętnieje się na nieszczęście. Nie powinny stać obok siebie, rozrzucone po kilku antologiach, albo publikowane w czasopismach, pewnie broniłyby się lepiej. Tak powstaje wrażenie, że autor z lubością masochisty babrze się w ludzkiej beznadziei i ma ograniczony wachlarz umiejętności, gdyż ani razu nawet nie próbuje wyjść poza swoją - dosyć makabryczną - strefę komfortu.
sobota, 09 kwietnia 2016, krwawasiekiera

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2016/04/10 17:39:58
Przygnębiające te historie.. na razie po nie nie sięgnę. Dużo dobrego natomiast przeczytałem o "Galveston" tegoż autora. Może spróbuję..
Najlepsze historie zawsze zostają (bądź zostawiają ślad) w pamięci. Jestem w stanie przywołać fabułę wielu opowiadań Agathy Christie, Poego, Kinga czy Mastertona, które czytałem przed laty. To dopiero wyznacznik jakości tychże krótkich form..
pozdrawiam :)
-
2016/04/10 19:11:32
Zgadzam się, próba czasu to próba jakości. Wrażenia z Galveston miałam sporo lepsze, ale poza tym, że był to klimatyczny noir, dziś pamiętam tylko jakieś przebłyski.
statystyka