Blog > Komentarze do wpisu
Jak utknęłam w Viriconium

Nie wiem, może to przez to, że nie mam ostatnio "spokojnej głowy", ale nie wchodzi mi najnowsza pozycja z Uczty wyobraźni, choć styl i klimat miejscami zachwycające. Ale innymi miejscami nie nadążam chyba za Autorem, który oniryzm wynosi na poziomy nie mające z logiką zbyt wiele wspólnego, mówiąc najłagodniej. Owszem, przyjemnie się to czyta, ale miło by było w ostatecznym rozrachunku nieco więcej rozumieć. Choć pewnie nie powinnam mieć pretensji o własne deficyty do kogoś innego, po prostu znowu powtóreczka z kazusu Cortazara (choć tym razem zdecydowanie mniej dramatycznie). Nie jest to też tak tragiczny rozdźwięk, jak przy Vandermeerze, którego czytanie było wręcz fizyczną katorgą. Tu jest przyjemność z lektury, ale miejscami po prostu się poddaję. Wtedy "przetykam" Barańczakiem, czytanym w rozdziałach, z doskoku, od długiego już czasu. Pegaz zdębiał. Poezja nonsensu - wprowadzenie w prywatną teorię gatunków. Mistrzostwo, genialne zabawy językowe, to wyczucie. Ubaw pierwszego sortu. Obecnie - poliględźby (identografy i symilofony, czyli teksty w różnych językach, odpowiednio: wyglądające lub brzmiące identycznie). Barańczak jest dobry na wszystko, przywraca rzeczom właściwe proporcje:) Podobnie jak Brassens, choć to nieco inna historia.

Poza tym, co przyznaję z niejakim zawstydzeniem, nie zdołałam się oprzeć pokusie, jaką stanowił zakup najnowszego Mocka. Nie mam co prawda zielonego pojęcia, kiedy go przeczytam, bo poza pozostałymi 400 stronami Viriconium mam jeszcze masę innych palących zaległości, że o wciąż nieprzeczytanych prezentach Gwiazdkowych (!!!) nie wspomnę. Ale kupiłam. Trudno, co kompulsywne, to nieuleczalne.

W międzyczasie przeczytałam prezent urodzinowy - biografię JK. Rzecz napisana ciekawie, mozaikowo, utkana z wypowiedzi rozmaitych znajomych JK, rodziny, z fragmentów wywiadów i jego własnych tekstów z całego życia. Autor nie przemilcza ciemnych stron, których, powiedzmy sobie, było w życiu JK od cholery i ciut. Zarazem jednak, choć unika jednostronności, nawet najbardziej jednoznaczne sprawy tonuje i jest to ewidentne. Ale i tak są opisane sceny i zdarzenia mocno dające po głowie.

Niby nie można oddzielać twórczości od osoby autora, ale w przypadku JK jest to zdecydowanie wskazane. Był dużo lepszym poetą niż człowiekiem.

sobota, 06 czerwca 2009, krwawasiekiera

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2009/06/06 20:28:23
"Viriconium" jest beznadziejnie patetycznie napuszone. Czyta mi się z tego powodu bardzo nieskoro i jest duża szansa, że nie skończę, bo męczy.
-
2009/06/09 10:15:09
"Viriconium" nie jest już najnowszą pozycją z Uczty... Poza tym mnie się podobało, choć faktycznie miejscami było to męczące (a może po prostu wymagające?).

A Mocka kupiłaś, choć tak na niego marudziłaś z okazji mgr?
-
2009/06/09 11:01:56
No, fakt, wyszła Valente. Ale Viriconium, poza genialnym miejscami klimatem, nie ma dla mnie zbyt wielu zalet - może po prostu nie moja częstotliwość, i tyle. Za dużo smęcenia o nieuniknionym i uniwersalnym upadku:/ I za dużo pustosłowia - co z tego, że formalnie interesującego?
Kupiłam Mocka mimo marudzenia, dlatego przyznaję się ze wstydem:) Miałam mocne postanowienie niekupowania, w którym zresztą wytrwałam całkiem długo, ale potem jakoś zwątpiłam, uznałam, że może masowe i szczegółowe obcowanie z cyklem zaburzyło mi optykę i postanowiłam na zasadzie "ostatni raz" sprawdzić, ile z moich obserwacji potwierdzi się w najnowszej powieści. Bo - mimo wszystko - nie ulega wątpliwosci, że Krajewski z tomu na tom pisze coraz lepiej.
statystyka